niedziela, 28 listopada 2021

Rozdział 70

Vanessa i Sam w jednej chwili pojawili się przy wyjącym z bólu Severusie. Chłopak uklęknął przy ojcu, nie wiedząc jednak jak mu pomóc. Chwycił go mocno za przedramiona jakby to miało powstrzymać mroczną klątwę, która rozprzestrzeniała się w ciele byłego śmierciożercy. Mroczny znak okazał się nie tylko sposobem na komunikowanie się ze swoimi sługami, ale też zwiastował ich upadek po śmierci Czarnego Pana. Jakby to była zemsta za to, że to oni przegrali. Voldemort sam przyczynił się do upadku swojej armii. Vanessa nie mogła uwierzyć w to co widzi. W to, że ojciec z zewnątrz surowy i chłodny, a jednak dający jej poczucie bezpieczeństwa i wrażenie, że obroni ją przed każdym złem, teraz cierpiał za swoje dawne grzechy, a ona nie mogła odwdzięczyć się za jego miłość okazywaną jedynie jego dzieciom. Nie chciała w to wierzyć, wpadła w szał.

- Zróbcie coś! On był szpiegiem! On ratował wasze dupy w zamian dostając tylko tortury! – wrzeszczała ile sił w płucach. – Odwdzięczcie się! To on przekazywał wam wszystkie plany tej gnidy! Do kurwy nędzy on się narażał! On! Nie wy! Niech ktoś coś zrobi! – W Wielkiej Sali słychać było tylko wrzaski Vanessy i śmierciożerców, którzy umierali w wielkim bólu. – Harry! – dziewczyna podbiegła do Pottera i zaczęła okładać go pięściami. - Zrób coś! Pokonałeś Voldemorta! Uratuj go teraz! Błagam Harry! Jeśli mnie naprawdę kochasz pomóż mu! – Każde zdanie wykrzyczała mu w twarz, a on nie mógł znieść bólu ukochanej.

- Vane nie mogę. Nie wiem jak – jęczał próbując ją objąć, aby się uspokoiła.

- Możesz, ale nie chcesz! Nienawidzisz go! Jest ci na rękę, że on umiera w mękach! – Ślizgonka nie kontrolowała już co do niego krzyczy. Próbowała wykrzyczeć swój ból, ale to nic nie dawało.

- Vane, to nie prawda, przecież wiesz – mruczał jej do ucha gdy wreszcie zaczęła opadać z sił i mógł ją objąć. Vanessa już nie krzyczała teraz płakała rozdzierająco. – Kocham cię, ale nie wiem jak, nie umiem mu pomóc. – Harry pragnął by dziewczyna uwierzyła w jego słowa. Wszyscy dookoła obserwowali ich zszokowani. Wiedzieli, że Snape był szpiegiem, walczył po ich stronie, więc nikt nie chciał, aby umierał. Swoją pracą szpiega odpokutował wszystkie swoje grzechy, teraz nie życzyli mu śmierci.

- Harry, możesz! – Nicole doskoczyła do nich i szarpnęła brata za ramię. Para i Samuel wciąż trzymający cierpiącego ojca spojrzeli na nią z nadzieją. Jej oczy wypełnione były łzami, ale na twarzy widniała pewność. – Pierwotny patronus! Pamiętasz?! Pokona każde zło, ale ochroni dobre serce.

- No tak. Tak pokonaliśmy Voldemorta – odpowiedział patrząc na Nicole z niezrozumieniem jakby chciał zapytać – No i co z tego?

- No właśnie, a mroczny znak to efekt połączenia duszy z wężem. To dzieło Voldemorta. Wierzę, że pierwotny patronus tak samo jak pokonał Voldemorta, tak i pokona klątwę w żyłach Snape’a, jednocześnie jego samego chroniąc. – Nicole mówiła z pewnością, choć sama nie wiedziała skąd się to bierze.

- A co jeśli to się nie uda. Patronus może go zniszczyć, tak jak Voldemorta. W końcu w nim poprzez mroczny znak obecna jest czarna magia, wiesz że tak się może… - jednak odpowiedź Harry’ego zatrzymała Vanessa kładąc mu dłoń na ustach, po czym pocałowała go wkładając w to całe uczucie, które do niego żywiła.

- Zróbmy to, proszę – błagała po skończonym pocałunku ze łzami swobodnie płynącymi z jej oczu. – Gorzej nie będzie.

- Harry, najważniejsza jest intencja – dalej przekonywała Nicole, choć wiedziała, że jej przyjaciółka już poradziła sobie z niepewnością młodego Pottera. Gryfon chwycił mocniej różdżkę i celując nią w stronę Snape’a spojrzał jeszcze raz na dziewczynę w swoich ramionach.

- Expecto Patronum Elementa – zawołał. I znowu najbliżsi zbliżyli się do nich dołączając do czarnowłosego czarodzieja. Nawet James i Syriusz powtórzyli zaklęcie nie czując do cierpiącego mężczyzny nienawiści, a współczucie połączone z szacunkiem i zaczątkiem sympatii. Co ta wojna robi z ludźmi. Gdy jeleń wchłonął się w ciało Mistrza Eliksirów, ustał jego krzyk, ciało uniosło się wyrywając się z ramion Samuela, a następnie wszystkich poraziło niezwykle jasne światło, więc czym prędzej pozasłaniali twarze. Gdy wszystko wróciło do normy Severus leżał na podłodze z rozpostartymi ramionami. Ku uldze wszystkich, a szczególnie młodych Snape’ów, wyraźnie widać było ruch klatki piersiowej mężczyzny. Oddychał. Jego ramie było czyste, zupełnie jak w młodości zanim podjął głupią decyzję o przystąpieniu do Czarnego Pana. Reszta śmierciożerców tak bardzo oddanych Voldemortowi, że walczyli do samego końca w imię jego idei właśnie w tej chwili stracili duszę. Mroczny znak tak jak pocałunek dementora wyssał z nich duszę. Vanessa chciała uścisnąć Harry’ego mocno z wdzięczności, ale ten właśnie w tej chwili osunął się na kolana. Zemdlał. Pierwszą osobą, która do nich podbiegła była Lily. Po rzuceniu na syna zaklęć diagnostycznych odetchnęła z ulgą.

- Spokojnie, wyczerpał tylko swoje siły magiczne. Potrzebny mu jest tylko odpoczynek.

W tej właśnie chwili nastał świt. Nowy dzień zwiastował nowy początek. Wszyscy ci co mieli siłę wzięli się za pomoc poszkodowanym. Lily wyczarowała nosze dla swojego syna, a jej mąż dla Snape’a. Każdy kto był w stanie wziął się za poszukiwanie osób, którym mogli pomóc, przenosząc ich do szpitala mieszczącego się w lochach. Byli i tacy którzy wzięli na siebie obowiązek znalezienia poległych obrońców i złożenia ich pod ścianą w Wielkiej Sali. Aurorzy zajęli się natomiast zebraniem ciał śmierciożerców umieszczając ich w komnacie przylegającej do Wielkiej Sali. Nie chcieli, aby ich truchła bezcześciły pamięć poległych obrońców wolności.

Nicole nie mogła uwierzyć, że to już koniec. Że wreszcie są bezpieczni, że nie muszą żyć z widmem Voldemorta, że mogą patrzeć w przyszłość i nie widzieć tylko zbliżającej się wojny, że wreszcie mogą żyć spokojnie i szczęśliwie. Poczuła silne ramiona obejmujące ją od tyłu. Poczuła jego zniewalający zapach teraz zmieszany z wonią potu i krwi, i od razu wiedziała kto ją obejmuje. Odwróciła się w jego ramionach i spojrzała prosto w stalowe oczy swojego chłopaka. Swojego mężczyzny. Po tym wszystkim co się stało mógł się nim nazywać. Dorósł. Całe ich pokolenie dorosło zbyt szybko, zmuszeni stanąć po jednej ze stron w walce. To oni sprawili, że byli znaczącą siłą w tej wojnie, dzięki której wynik ułożył się tak jak się ułożył. Wpatrywali się w siebie dłuższą chwilę, nie mogąc nacieszyć się tym widokiem. Teraz nie ważny był siniak pod jego okiem, szrama ciągnąca się od jej ucha, aż do ust, ani brud widoczny na ich twarzach.

- To już koniec – mruknęła w usta blondyna Nicole. Na co Ślizgon pocałował ją z ulgą.

- Koniec – szepnął, gdy się od siebie oderwali. Oparł czoło o czoło dziewczyny, dla której był w stanie to wszystko zrobić, dla której oddałby życie, i z którą miał nadzieje, będzie mógł się tym życiem cieszyć.

- Dołączmy do nich – poprosiła wskazując na wszystkich, którzy działali, aby pomóc tym którzy tej pomocy potrzebowali. W Wielkiej Sali pojawiło się kilkunastu magomedyków wyposażonych w świstokliki, aby tych najbardziej rannych od razu przenieść do św. Munga. Draco wraz z Nicole wciąż trzymając się za dłonie ruszyli do pomocy. Szybko znaleźli osobę, która jej potrzebowała. W przejściu do Sali Wejściowej znaleźli Pansy, która ku ich przerażeniu, miała wielką dziurę w brzuchu przechodzącą ma wylot. Leżała na martwym Teodorze Nottcie, który ubrany był w szatę śmierciożercy i płakała nad jego ciałem mrucząc jakieś słowa. Nie wiedzieli co ani kto spowodował jej obrażenia, ani jakim sposobem jest jeszcze przytomna, ale szybko domyślili się co pokonało Notta, widząc mroczny znak na jego przedramieniu. Natychmiast ruszyli by pomóc Ślizgonce. Chcieli zdjąć ją z martwego ciała i przenieść do lochów, by zajął się nią ktoś wykwalifikowany. Oni nie mieli zupełnie pojęcia jak wyleczyć takie rany, a w pobliżu jak na złość nie było żadnego uzdrowiciela.

- Pansy, chodź z nami. Pomożemy ci. Zobaczysz ktoś cię wyleczy – przemawiała cicho do niej Nicole, a Draco próbował oderwać jej dłonie od ciała Teodora i wziąć ją na ręce, aby zanieść ją do kogoś kto jej pomoże. Ale Pansy wyrywała się, choć nie wiedzieli skąd bierze na to jeszcze siłę.

- Nie! Nie zabierajcie mnie od niego! – rozpaczała. – On by mi tego nie zrobił. On musiał być pod imperiusem. On nie był śmierciożercą – przekonywała ich, choć Mroczny Znak na jego odsłoniętym przedramieniu zupełnie temu przeczył. Oni z przerażeniem zrozumieli, że do tego stanu musiał doprowadzić ją właśnie ten chłopak, któremu Ślizgonka tak ufała.

- Pansy, wierzę ci. Ale teraz go zostaw, musimy tobie pomóc – próbowała przekonywać dalej Nicole, jednak bez skutku.

- On mnie kochał, Nicole. Rozumiesz to?! – Pansy chwyciła swoją zakrwawioną ręką dłoń Nicole. – Rozumiesz, prawda? – Ślizgonka potrzebowała, aby ktoś utrzymał ją w tym oszustwie, któremu się poddała i Nicole jej to dała.

- Oczywiście, że rozumiem – skłamała. – Ale najpierw musimy cię wyleczyć, potem przekonamy wszystkich, że Teo był niewinny. – Nicole kłamała, aby przekonać dziewczynę. Ona musiała znaleźć się pod opieką uzdrowiciela natychmiast. Chwilę później Nicole myślała, że dopisało im szczęście. Koło nich zjawił się uzdrowiciel z Munga. Rzucił na Pansy zaklęcie diagnozujące.

- Przykro mi, ale jej już nic nie pomoże – szepnął mężczyzna do Nicole i Dracona. – Zupełnie nie wiem jakim sposobem jest jeszcze przytomna. - Wyciągnął z sakiewki przy pasku buteleczkę z fioletowym eliksirem, w którym od razu rozpoznali Eliksir Słodkich Snów. – Naprawdę mi przykro, ale chociaż nie będzie więcej cierpiała – mówił do nich podając go dziewczynie. Gdy tylko przełknęła eliksir opadła bezwładnie na śmierciożercę. Już po chwili jej pierś przestała się unosić. Potem wylewitował ją pod ścianę do reszty ofiar, a do nich podszedł auror, aby zabrać ciało Teodora.

- Szkoda dziewczyny. Widziałem jak rzucał na nią te zaklęcia, a ona w ogóle się nie broniła. Chyba naprawdę kochała to ścierwo – powiedział z obrzydzeniem patrząc na martwego. – Dobrze, że te ich mroczne znaki ich wykończyły. – Następnie odszedł.

- Nicole, mam dość. Chodźmy stąd. Poradzą sobie bez nas. – Draco spojrzał na dziewczynę prosząco.

- Masz rację. Nie chcę tego już oglądać – uznała patrząc pod ścianę gdzie leżały ciała poległych. Dostrzegała tam coraz więcej znajomych twarzy i nie mogła tego znieść.

Nie tylko Pansy tam leżała. 

Dumbledore, który w końcu pokazał, że nie tylko prowadzi jedną ze stron w tej wojnie, ale ruszył do walki w obronie uczniów.

Ron, który przejrzał w ostatniej chwili i to właśnie ją osłonił przed zielonym światłem. Jego widok szczególnie ją poruszył, kiedy zobaczyła rozpaczającą rodzinę Weasley’ów przy jego ciele. Molly niemal leżała na martwym synu i płakała rozdzierająco, jej mąż próbował wesprzeć żonę głaskając ją uspokajająco po plecach, ale z jego oczu również swobodnie płynęły łzy. Reszta ich synów stała dookoła nich wspierając się wzajemnie swoją obecnością, a bliźniacy przytulali płaczącą Ginny, która pojawiła się w Wielkiej Sali od razu po zakończeniu walki. Nieco z tyłu w geście wsparcia stali Hermiona i Sam.

Jednak to nie wszyscy, którzy tu spoczęli.

Damien, z wciąż błąkającym się dumnym uśmiechem, który zawsze zdobił jego twarz, a szczególnie wtedy gdy mógł wyrwać się do walki.

Neville.

Eva.

Luna.

Astoria i Dafne.

Minister magii Kingsley Schacklebolt.

Głównodowodzący auror Richard Jones.

Szalonooki Moody.

Profesor Flitwick.

A to nadal nie byli wszyscy. Więcej nie chciała tam patrzeć. Cieszyła się jedynie, że nie widzi tam nikogo ze swojej rodziny i najbliższych przyjaciół. Dopisało im szczęście. Przytuliła się do Dracona i ruszyli do lochów. Pokoje Wspólne Ślizgonów i Puchonów oraz ich dormitoria zostały przekazane do odpoczynku dla wszystkich obrońców, gdyż obie wieże z Pokojami Wspólnymi Gryfonów i Krukonów zostały zniszczone. Tak więc gdy Nicole z Draconem dotarli do Pokoju Wspólnego Ślizgonów dostrzegli większość swoich najbliższych. Camile z Blaisem przysypiali razem na fotelu przy kominku. Na drugim fotelu siedział zmęczony przemianą i walką Remus, a Tonks opierniczała go stojąc na przeciwko za to, że za bardzo ryzykował, aby po chwili rzucić się na niego i całować go namiętnie. To był jej sposób na odreagowanie stresu.

- Może weźmiemy z nich przykład – mruknął cicho Draco do Nicole ze swoim przebiegłym uśmieszkiem. Jednak nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo usłyszeli męskie chrząknięcie za sobą. Za nimi weszli rodzice Nicole.

- Nie musiałem tego słyszeć – zamarudził James. Jednak Lily trzepnęła mu w ramię.

- Daj im spokój. Są młodzi, zasłużyli – zaśmiała się Lily i mrugnęła do pary.

- Dzięki mamo – Nicole uśmiechnęła się radośnie i przytuliła do Dracona.

- Kochanie, chyba nie chcemy skończyć jak Snape. Jestem za młody by zostać dziadkiem – stwierdził starszy Potter przypominając sobie scenę jaka rozegrała się przed samą bitwą.

- Nie martw się tato, nie skończysz. – Teraz już Nicole śmiała się w głos widząc przerażoną minę Draco. Chyba myślenie o dzieciach było ostatnim czego teraz potrzebował i w sumie nie dziwiła mu się. Choć te żarty były dobrym sposobem, aby odreagować. – My na szczęście używamy odpowiedniego zaklęcia – dodała w myślach, uznając jednak, że jej ojciec nie musi tego wiedzieć. – Mamo, co z Harry’m? – zapytała, aby zmienić temat, dzięki czemu Draco się rozluźnił.

- Podaliśmy mu eliksiry wzmacniające teraz odsypia to razem z Vanessą – odpowiedziała Lily. Nicole odetchnęła z ulgą.

- A czy wie pani co z moją matką? – zapytał Draco. W jego głosie Nicole wyczuła nutę strachu dlatego nieco mocniej go ścisnęła.

- Czuwa przy Severusie w Skrzydle Szpitalnym – Lily posłała mu uspokajający uśmiech, na co chłopak podziękował jej skinieniem.

- A profesor?

- Nie wiemy jeszcze jakie będą efekty klątwy, na razie jest w śpiączce.

- A co z Syriuszem? – zapytała Nicole rozglądając się jakby sądziła, że zaraz go tu znajdzie.

- Też jest w Skrzydle – tym razem odpowiedział jej James. – Przyjął na siebie kilka paskudnych klątw, które miały trafić w Annabelle, ale wyjdzie z tego cało. Tylko musi odpocząć.

- Teraz każdy tego potrzebuje – mruknęła z zadumą Lily. – Zanim pójdziecie odpocząć wezwijcie skrzaty, aby podały wam eliksiry wzmacniające, maści na drobne rany i siniaki i eliksir słodkiego snu. Dzisiaj wam się to przyda.

- Dobrze mamo, to my też już pójdziemy się położyć – uznała Nicole i pociągnęła Dracona w stronę jego dormitorium. Zanim dotarli do korytarza prowadzącego do sypialni usłyszeli rozmowę jej rodziców.

- Liluś naprawdę mamy pozwolić im na spanie w jednym łóżku? Przecież to…

- James jesteś nadopiekuńczy! – Nicole była pewna, że jej matka ledwo powstrzymuje się przed parsknięciem śmiechem w twarz ojca. – Przecież nie przeszkadzało ci, że Harry i Vanessa też są razem.

- To co innego! Harry to chłopak! On… - nagle się zaciął. – O Merlinie nasze dzieci dorosły!

- Cieszę się, że wreszcie to do ciebie dotarło, kochanie. – Lily nie wiedziała czy się śmiać, czy załamywać nad głupotą męża. Nagle jego twarz rozjaśnił uśmiech Huncwota.

- Liluś, a może postaramy się o kolejnego Pottera.

- Tym razem ja nie musiałam tego słyszeć – krzyknęła do nich ze śmiechem Nicole, która wychyliła się zza korytarza który dopiero przed chwilą przekroczyła. Jednak od razu uciekła sprzed oczu rodziców, aby nie wpadło im do głowy zemścić się na niej. Lily jednak tylko skwitowała propozycje męża jednym słowem.

- Oszalałeś – i popukała go w głowę.


***

Zgodnie z obietnicą rozdział pojawił się po tygodniu. Przed nami już tylko epilog i być może pewna niespodzianka, ale o tym później.

Pozdrawiam,

AniaXXX


niedziela, 21 listopada 2021

Rozdział 69

 Obrońcy nie mogli uwierzyć, że to już koniec najwybitniejszego dyrektora w dziejach Hogwartu. Jednak nie mieli zbyt dużo czasu na roztrząsanie tego faktu. Zmasowany atak przeciwników spowodował, że ich myśli musiały być skierowane przede wszystkim na obronie i ataku. Ostateczna bitwa o Hogwart rozpoczęła się na dobre. Aurorzy wraz z Zakonem Feniksa rzucili się do ataku. Nikt z obecnych nie szczędził klątw. Na polu bitwy zaczęły tworzyć się pary pojedynkujących. Niestety obrońcy byli świadomi, że dzięki liczebnej przewadze przeciwnicy przedrą się przez ich mur, a bitwa przeniesie się w mury szkoły. Przez co najmłodsi obrońcy będą musieli aktywniej zaangażować się w walkę. JP choć już teraz rwało się do walki, na razie zgodnie z rozkazami musieli czekać i oglądać z daleka bitwę. Byli gotowi do bezpośredniej obrony murów szkoły, która dla większości z nich była drugim domem. To była ich wojna i nie mieli zamiaru się wycofywać, jednak na razie z napięciem czekali i obserwowali. Niestety wreszcie nadszedł ten moment, że śmierciożercy przebili się przez obrońców. Widząc przed sobą nastolatków broniących wejścia do zamku niemal roześmiali się szyderczo, jednak nie wiedzieli, że tutaj również czeka ich ciężka przeprawa. JP ruszyło do bitwy.

Na czele z Harrym zaatakowali pierwsze osoby, które dotarły do nich. W ich stronę leciały same czarnomagiczne klątwy, ale JP nie było im dłużne. W końcu ciężki trening na coś się przydał. Mimo praktyki jaką już mieli Harry i Draco nadal dziwili się jak dobrze im się walczy razem. Tam gdzie jednemu brakowało różdżki, tam drugi już pojawiał się ze swoją. Nawzajem osłaniali się i atakowali wzajemnie swoich przeciwników. Siali oni największe spustoszenie, aż wreszcie jeden ze śmierciożerców rzucił w ich stronę wybuchające zaklęcie. To spowodowało, że cała ich grupa została rozrzucona po polu bitwy. Na szczęście oprócz chwilowego zamroczenia, kilku zadrapań i obitych mięśni nie było im nic wielkiego. Najgorzej oberwali właśnie Harry i Draco, gdyż to w nich celował śmierciożerca. Jeden miał skręconą kostkę, a drugi wbity w udo kawałek tynku ze ścian Hogwartu. Już w następnej chwili pojawili się obok nich Neville, wraz z Camile. Gryfon rozejrzał się, aby sprawdzić, który z chłopaków potrzebuje pilniejszej interwencji, i gdy Harry chciał wyciągnąć sobie z nogi wbity przedmiot już wiedział.

- Zostaw, bo się wykrwawisz! Chroń nas! – wykrzyknął do Ślizgonki. – Malfoy musisz chwilę poczekać, ale nie próbuj stawać na nogę! Nie wiem jeszcze czy jest tylko skręcona, czy złamana, ale najpierw Harry! – Draco był pod wrażeniem pewności tego pucołowatego Gryfona. W końcu Longbottom nigdy nie kojarzył mu się z taką stanowczością, więc postanowił go posłuchać. Jednak w ich stronę zbliżyła się trójka śmierciożerców, a Camile pod ich ostrzałem radziła sobie coraz gorzej. Draco wspierał ją na tyle ile mógł z pozycji siedzącej, choć było to bardzo niewygodne. Na szczęście z drugiej strony wsparli ją Nicole z Damienem. We trójkę szybko pozbyli się przeciwników.

- Nieźle nam poszło, dziewczyny! – Francuz uśmiechnął się do nich olśniewająco i mrugnął, po czym pobiegł w stronę kolejnego śmierciożercy.

- Co z wami chłopaki? – Nicole nie zwróciła jednak na niego uwagi, gdyż skierowała ją na rannych.

- Harry wypij to – stwierdził w tym samym czasie Neville, wyciągając z przygotowanej wcześniej saszetki, eliksir przeciwkrwotoczny, i od razu odwrócił się do rannego Ślizgona, rzucając na niego zaklęcie diagnozujące. – Twoja kostka jest tylko skręcona – stwierdził i od razu rzucił uzdrawiające zaklęcie, a Draco poczuł zimno na nodze, które działało leczniczo. – Jak przestaniesz odczuwać chłód możesz wstać.

Po chwili już wszyscy byli gotowi do dalszej walki, więc od razu rzucili się w stronę przeciwników. Nagle jednak na polu bitwy zrobiło się nienaturalnie zimno. Nadciągali dementorzy. Zarówno JP, jak i walczący nieco dalej aurorzy i Zakon Feniksa przegrupowali się, aby umożliwić sobie obronę przed zjawami. Część obrońców zaczęła rzucać zaklęcia Patronusa, a inni chronili ich przed śmierciożercami, którzy utrudniali im to jak tylko mogli. Zwolennicy Czarnego Pana dobrze wiedzieli, że najważniejsze jest, aby uniemożliwić rzucenie Patronusa Harry’emu Potterowi. On i Draco, który chronił jego tyły, aby Gryfon mógł się skupić na szczęśliwym wspomnieniu, zostali okrążeni i odsunięci od swojej grupy. Tak więc Harry musiał przyjąć bardziej ofensywną postawę. Wraz z blondynem walczyli odwróceni do siebie plecami chroniąc swoje tyły. Nie słyszeli krzyków głównodowodzącego, Richarda Jonesa.

- Więcej Patronusów! Expecto Patronum! Potter! Potrzebny nam Potter i jego patronus! Bez niego nie damy im rady. - A dementorów z każdą chwilą przybywało.

Niestety Harry, który już zaczął odczuwać efekty mocy dementorów, mimo wsparcia blondwłosego Ślizgona, nie miał nawet jak pomyśleć o zaklęciu Patronusa, okrążony przez dziesiątkę śmierciożerców. Reszta ich grupy, a także dwie pozostałe grupy JP próbowały się do nich dostać, choć nie było to łatwe. Wreszcie część Zakonu Feniksa dostała się bliżej nich, dzięki czemu Huncwoci z Severusem Snapem przejęli przeciwników JP, a uczniowie na czele z Nicole, Camile i Vanessą, zbliżyły się do Harry’ego i Dracona. Dzięki temu, że JP było dobrze zorganizowane szybko mogli się przegrupować. Osoby odpowiedzialne za obronę oraz ci z umiejętnościami uzdrowicielskimi chronili ich swoimi Patronusami, natomiast reszta zajęła się odciążaniem Harry’ego i Draco. Teraz już dosyć szybko uporali się z przeciwnikami, a przed napływem kolejnych chronił ich Zakon Feniksa.

- Harry patronus! – wykrzyknęła Nicole, widząc, że Gryfon szykuję się do znalezienia kolejnego przeciwnika. Młody Potter od razu zrozumiał co ma robić. Skupił się mocno na szczęśliwym wspomnieniu, niestety w takich warunkach ciężko o pozytywne myśli. Spojrzał na siostrę, która obserwowała go z wyczekiwaniem, ale i wiarą w oczach, widział rodziców, którzy po długiej rozłące walczyli, aby mogli wreszcie być rodziną, a po chwili poczuł ciepłą dłoń wsuwającą się w jego własną. Spojrzał w czarne tęczówki swojej dziewczyny i wiedział, że może to zrobić.

- Expecto Patronum Elementa! – Jego Jeleń, iskrzący się i większy niż dotychczas pomknął w stronę największej grupy dementorów. I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Dementorzy nie uciekali, oni po prostu rozpływali się pod naporem siły Patronusa, i tylko ich puste peleryny upadały na ziemię. Teraz już z pomocą innych Patronusów, szybko pokonali mroczne zjawy. W obrońców wstąpiła nowa siła i ze zdwojonym wysiłkiem atakowali przeciwników. Jednak jak się okazało nowe mroczne siły wciąż napływały. I mimo tego sukcesu w pokonaniu dementorów śmierciożercom udało wedrzeć się do szkoły.

- Odwrót! Dostali się do zamku! – krzyczał auror Jones. – Odwrót!

To był również znak dla tych, którzy z wież Hogwartu prowadzili ostrzał śmierciożerców, aby czym prędzej przenieśli się na dół wspomóc współobrońców w dalszej walce. Ci co nie pokonali akurat swoich rywali natychmiastowo ruszyli w stronę wrót zamku, po drodze walcząc z kolejnymi przeciwnikami. W momencie, w którym zarządzony został odwrót stało się coś na co wszyscy podświadomie czekali. W bramie Hogwartu ponownie pojawił się Lord Voldemort z wraz z otaczającym go Wewnętrznym Kręgiem. Czarny Pan, na którego ramionach wiła się Nagini, nie bacząc na nic i nikogo ruszył szturmem do wrót Hogwartu, po drodze zabijając każdego kto śmiał mu przeszkodzić. Postanowił rozstrzygnąć los tej wojny w Wielkiej Sali, aby od razu po swoim triumfie móc zasiąść na miejscu Dumbledore’a. Bardzo szybko dotarł do celu, a tam walką od razu zajęło go trzech przeciwników.

Każdy już wiedział, że to jest ostateczna bitwa. Ostatnia walka, która miała zdecydować czy ostatecznie dobro, czy zło zatriumfuje. Po środku Wielkiej Sali na przeciw Lorda Voldemorta ku zaskoczeniu wszystkich ramię w ramię walczyli James Potter oraz Severus Snape, a wspomagał ich Richard Jones. Niedaleko dwójka najlepszych sług Czarnego Pana, także brała z niego przykład i walczyła przeciw trzem przeciwnikom. Bellatrix Lestrange walczyła z Narcyzą i Camile Malfoy, do których szybko dołączył Syriusz Black, którego największym celem było zgładzenie kuzynki. Cała czwórka członków rodu Black miała na twarzach wyraz mordu. Natomiast nieco dalej od nich Lucjusz Malfoy opierał się trójce nastolatków. I to nie byle jakich nastolatków. Harry Potter, Draco Malfoy oraz Ron Weasley zaciekle atakowali śmierciożerce. Dla Ślizgona nie miało znaczenia, że po drugiej stronie różdżki ma własnego ojca, po tym co ten zrobił jemu i jego najbliższym nie miał dla niego litości. Natomiast rudowłosy Gryfon przez tę parę godzin walki doszedł do wniosku, że przez ostatnie niespełna dwa lata jego myślenie i przekonania były całkowicie błędne, przez co teraz walcząc ramię w ramię ze swoim szkolnym wrogiem był dumny, że stoją po tej samej stronie. Nagle stało się coś co zupełnie zaskoczyło trójkę nastolatków. Lucjusz Malfoy odwrócił się lekko w lewo, nie przejmując się tym, że nie będzie miał jak się bronić, wycelował swoją różdżkę w kogoś zupełnie innego. To zaskoczyło chłopaków tak, że niemal zaprzestali ataku. Dopiero gdy z różdżki śmierciożercy wyleciał zielony promień otrząsnęli się z szoku i odwrócili w kierunku osoby, która była celem Lucjusza. W oczach Dracona i Harry'ego zalśniło przerażenie. Jak w zwolnionym tempie widzieli zielony promień, który kierował się prosto na Nicole. Jeden i drugi wiedział, że nie zdążą do niej dobiec, aby odepchnąć ją z toru zaklęcia, a Nicole zajęta walką nie była nawet świadoma, że w jej stronę mknie śmiertelne zaklęcie. Najbliżej dziewczyny znajdował się Ron. Widział strach w oczach byłego przyjaciela i wiedział, że to nie może się tak skończyć. Śmierć Nicole byłaby ciosem dla Harry’ego, i to takim ciosem, po którym nie potrafiłby się podnieść. Nie miałby ani sił, ani powodu dla którego miał walczyć dalej. Z drugiej strony widział Nicole, która zacięcie walczyła ze śmierciożercą, którym okazał się ich nauczyciel obrony. Mimo zielonej naszywki na szacie walczyła z nim zacięcie, była po stronie obrońców. Najmłodszy Weasley zdał sobie sprawę, że to nie mogło być udawane. Ona i inni Ślizgoni też mogli stać po stronie dobra. W jednej sekundzie przed oczami stanęły mu obrazy z ostatnich dwóch lat, obrazy, które przypomniały mu jak bardzo niesprawiedliwy i okrutny był. W ostatniej chwili rzucił się pomiędzy niegdyś znienawidzoną dziewczynę, a zielony promień. W tym samym momencie z różdżki Dracona wyleciał identyczny promień. Ten natomiast sięgnął swego celu, którym był sam Lucjusz Malfoy. Blondwłosy śmierciożerca nie wiedział nawet, z której strony dosięgnął go zielony promień Avady, wściekle wpatrując się w Gryfona, który zepsuł jego idealny plan zemsty na dziwce, która omotała jego rodzinę. Natomiast jego syn, który miał być jego dumą, opuścił różdżkę i z szokiem na twarzy wpatrywał się w martwe ciało ojca.

Nicole nieświadoma dramatu, który rozegrał się za nią została zmuszona do wycofania się po naporem klątw nauczyciela.  Potknęła się o ciało Rona Weasley’a, tracąc koncentracje. Harry widząc kłopoty siostry od razu zaatakował Brauna. Wspólnie udało im się go pokonać, gdy Nicole trafiła go klątwą zamrażającą. Dziewczyna rozglądnęła się dookoła szukając kolejnego przeciwnika, gdy zauważyła skamieniałego Malfoya stojącego nad ciałem ojca.

- Draco! – Szybko pobiegła do chłopaka, domyślając się co przed chwilą mogło się zdarzyć. – Draco! – Do chłopaka jednak nic nie dochodziło, więc spoliczkowała go niezbyt delikatnie, aby się ocknął. – Weź się w garść! Walczymy dalej – rozkazała. Wiedziała, że blondyn potrzebował teraz jej wsparcia i miłości, ale też wiedziała niestety, że to nie był ani dobry czas, ani miejsce na delikatność. Na całe szczęście to podziałało. Wreszcie coś do niego dotarło. Otrząsnął się, a po krótkiej chwili zaatakował jednego z braci Lestrenge, który czaił się za plecami Nicole do ataku na nich. Dziewczyna od razu do niego dołączyła. Harry natomiast już od dłuższego czasu musiał zająć się drugim z braci.

Bellatrix po kilkudziesięciu minutach wyczerpującego pojedynku skupiła się już tylko na atakowaniu Syriusza, którego od zawsze chciała zniszczyć. Zupełnie nie przejmowała się siostrą i siostrzenicą, które na siebie wzięły obronę Syriusza przed innymi przeciwnikami, aby mężczyzna w pełni mógł się skupić na pokonaniu kuzynki. Byli równymi przeciwnikami, więc tylko mały błąd jednego lub drugiego mógł przesądzić o wyniku. Bella śmiała się szaleńczo rzucając coraz bardziej mroczne klątwy, a Syriusz nie był jej dłużny. Wreszcie jednak Lestrange popełniła swój największy błąd. Poślizgnęła się na kamieniu i wiedząc, że Black to wykorzysta natychmiast wyczarowała przed sobą tarczę. Nie sądziła jednak, że kuzyn rzuci klątwę, na którą nikt nie wynalazł jeszcze tarczy. Zielony promień Avady dosięgnął ją zatrzymując na jej twarzy wyraz pełnego zdumienia.

Na widok swoich dwóch najlepszych sług pokonanych, Czarnego Pana opanowała dzika furia. Rzucił on na Richarda Jonesa potężną Avadę Kedavrę, a siła rażenia była tak mocna, że odrzuciło od niego nie tylko poległego aurora, ale i pozostałą dwójkę jego przeciwników. Zarówno James Potter jak i Severus Snape wylądował na przeciwległej ścianie. Gdy tylko Lily zauważyła co się stało z jej mężem natychmiast do niego podbiegła. Na szczęście okazało się, że mężczyźni są tylko nieprzytomni i wystarczyło zwykłe Enervate, aby odzyskali przytomność. Voldemort nie poświęcił im nawet jednego spojrzenia, od razu wzrokiem zaczął wyszukiwać swoje nemezis.

Harry jakby wyczuwając, że zbliża się ten moment przeniósł się bliżej swojego wroga. Chciał to zakończyć tu i teraz. Miał dość patrzenia na poległych obrońców. Reszta walczących również pojęła, że koniec się zbliża. Zaprzestali walk i ustawili się w dwóch grupach naprzeciwko siebie, na środku robiąc miejsce Voldemortowi i Harry’emu. Ci natomiast zaczęli okrążać się szukając słabych punktów przeciwnika. Na ramionach Czarnego Pana już nie było Nagini, krążyła ona po podłodze przed swoim Panem. Harry mimo sytuacji miał wysoko dumnie uniesioną głowę, a na jego twarzy widoczne było tylko skupienie.

- Ty naprawdę sądzisz, że mnie pokonasz – prychnął szyderczo Voldemort, na co śmierciożercy roześmiali się pogardliwie.

- Ja tak nie sądzę, ja to wiem – odpowiedział pewnie Gryfon. Tym razem ze strony obrońców słychać było wiwaty, które jednak szybko umilkły pod wpływem jakiegoś zaklęcia Toma. Obrońcy stali jak sparaliżowani, nie mogąc się ruszyć.

- Jakie to wygodne – zaczął Czarny Pan. – Losy świata pozostawić w rękach szesnastolatka, któremu przez łut szczęścia parę razy udało się mnie pokonać – zadrwił. – A teraz stójcie i patrzcie jak umiera wasz bohater. A ty Harry Potterze, zrozum, że jesteś pozostawiony samotnie na moją pastwę. Teraz nie pozwolę, aby twoja żałosna matka stanęła między tobą, a moją różdżką.

- To ja stoję między nimi, a twoją różdżką! – wykrzyknął Harry. – Nie pozwolę ci zabić nikogo więcej! – Obrońcy nagle odzyskali władzę w swoich ciałach.

- I nie jest w tym sam! – wykrzyknęła Nicole, jako pierwsza stając obok Harry’ego, zaraz za nią zrobiła to reszta ich rodziny, ich najbliżsi, przyjaciele i wszyscy ci którzy pragnęli raz na zawsze zakończyć rządy Czarnego Pana.

- Nie możecie nic zrobić. Przepowiednia jasno mówi, że walka ma się rozegrać tylko między nami dwoma. – Voldemort nadal był pewny siebie, a w jego głosie słychać było drwinę. Mimo to nie czekał na nic więcej, aby nie kusić dalej losu. – Avada Kedavra!

A Harry wiedział już co ma robić, w końcu przez ostatni czas ciągle ćwiczył. Ćwiczył, aby w ostatecznym momencie, właśnie w tym momencie być gotowym. Pomyślał o wszystkich, którzy go tu wspierają. O pewnej siebie Nicole, która tchnęła w niego największą wolę walki, o Vanessie, która właśnie w tej chwili złapała go za wolną dłoń, aby czuł jej wsparcie, o rodzicach patrzących na niego z dumą, o Laurze, która choć z innej krwi stała się dla niego taką samą siostrą jak ta rodzona, o Syriuszu, Remusie, przyjaciołach wspierających go właśnie w tej chwili, a także o poległych, którzy walczyli za lepsze czasy, i o Ronie, który zrehabilitował się, oddając życie za znienawidzoną Ślizgonkę.

- Expecto Patronum Elementa! – Wielki iskrzący się jeleń wyleciał z różdżki Harry’ego i pognał w stronę zielonego promienia. Stało się to czego właściwie nikt się nie spodziewał. Promień Avady wchłonął się w Patronusa nie robiąc nikomu krzywdy. Widząc to obrońcy zawiwatowali, a następnie jedno, po drugim zaczęli powtarzać zaklęcie po Harrym, a ich Patronusy wchłaniały się w jelenia Harry’ego. Najpierw Nicole, potem ich rodzice, Syriusz, Remus, Vanessa, Camile, Hermiona, Blaise, Samuel, zaraz za nim Severus, reszta nauczycieli, uczniów, Zakon Feniksa, aurorzy, a nawet Draco, który stojąc za Nicole objął ją delikatnie i uwierzył, że to się zaraz skończy i będą jeszcze szczęśliwi. Z jego różdżki wypłynęła iskrząca się pantera, która wchłonęła się w jelenia. Harry czuł moc tego zaklęcia, ręka zaczęła mu drżeć, ale wiedział, że musi wytrzymać. Napełniony pozytywnymi emocjami, swoimi, jak i reszty obrońców, czuł jak wypełnia go magia. Wreszcie wyczuł moment, że jest gotowy.

- Teraz! – wykrzyczał i jeleń ruszył w stronę Lorda Voldemorta. Czarny Pan, który w swoim długim życiu nie widział jeszcze tak jasnego światła, jakim emanował Patronus, ani nie potrafił zrozumieć tak pozytywnych uczuć i emocji, jakimi emitowali jego przeciwnicy, poczuł strach. To była magia jakiej nie znał. Jeszcze raz próbował wyczarować zaklęcie niewybaczalne, ale te słowa, niegdyś tak często przez niego używane, nie chciały przejść przez jego gardło. Rozglądał się panicznie po Wielkiej Sali, w poszukiwaniu pomocy ze strony swoich śmierciożerców, ale to nic nie dało. Wszyscy oni byli przerażeni i zdrętwiali ze strachu. A jeleń się do niego zbliżał. Wreszcie ustawił się tak jakby chciał pochwycić go w swoje rogi, aż wreszcie dotarł do przeciwnika i wchłonął w niego. Voldemorta otoczyła biała mgła, która uniosła jego ciało. Wszyscy doskonale widzieli jak to ciało zmieniło się w kamień. Po chwili biała mgła zniknęła, a skamieniały Czarny Pan upadł na ziemię, rozsypując się w proch. Na miejscu, w którym pełzała Nagini również była kupa popiołu.

Piski szczęścia, które momentalnie wybuchły w Wielkiej Sali zmieszały się z przeraźliwym krzykiem śmierciożerców. Wszyscy, którzy mieli wytatuowane mroczne znaki właśnie łapali się za swoje przedramiona i wyli z bólu.

Na niedowierzającego Harry’ego w pierwszej kolejności uwiesiły się Nicole i Vanessa, obie uśmiechnięte szeroko. Wszyscy obrońcy zaczęli tulić się do siebie nawzajem, krzyczeć, piszczeć i śmiać się z radości. Dopiero po dłuższej chwili zauważyli, że wśród nich również jest jedna osoba, która cierpi z powodu śmierci Voldemorta. Wśród nich na ziemi leżał, krzycząc wniebogłosy i trzymając się za przedramię, Severus Snape.


***

Stało się!!! Przedstawiam Wam kolejny rozdział i zapraszam do czytania.

Nie będę się tłumaczyć, bo to nie ma w sumie sensu, więc jedynie powiem, że kolejny rozdział już za tydzień, bo jest on gotowy, i wymaga tylko małych poprawek.

Pozdrawiam,

AniaXXX

poniedziałek, 2 listopada 2020

Rozdział 68

Wybiła godzina 14:00. W Hogwarcie pojawiło się większość sił dobra, przygotowania ruszyły pełną parą. Dowodzenie objęli dyrektor Hogwartu Albus Dumbledore, minister magii Kingsley Shacklebolt oraz głównodowodzący aurorów Richard Jones. Do sił Hogwartu dołączyli nie tylko aurorzy oraz cały Zakon Feniksa, ale także mieszkańcy Hogsmeade, część magicznych stworzeń, czy też uczniowie i nauczyciele Beauxbatons, którzy mieli korzenie, albo bliskich przyjaciół w Anglii. W ten sposób w Wielkiej Sali pojawili się Damien i Fleur Delacour’owie, a także ich kilku francuskich przyjaciół, przedstawiciel centaurów, który ogłosił, że ich rasa weźmie udział w zbliżającym się starciu, kilku goblinów, skrzaty domowe Hogwartu, oraz około dziesięciu wilkołaków, których udało się przekonać dzięki Remusowi, a w Zakazanym Lesie czekał przyrodni brat Hagrida, olbrzym, którzy miał włączyć się do walki jeśli i po stronie Czarnego Pana pojawią się olbrzymy. W tej chwili grupa wilkołaków stała pod ścianą w najbardziej oddalonym od wszystkich kącie i popijali wywar tojadowy, aby w trakcie dzisiejszej pełni mogli być jak najbardziej świadomi. Remus co jakiś czas podchodził do nich, aby podnieść ich na duchu, był jedyną osobą, która w tej chwili ich rozumiała. Damien Delacour krążył między rodziną Weasley’ów oraz znajomymi uczniami, a często także nieznajomymi żartując sobie z nimi i rozładowując atmosferę. Nicole bardzo drażniło jego zachowanie, bo wiedziała, że to nie czas na żarty. Z resztą nie tylko to ją drażniło. Czuła, że nie może się uspokoić, choć sama nie wiedziała czym było to spowodowane. W międzyczasie Richard Jones dzielił ich na grupy i przydzielał do różnych miejsc. W pierwszym szeregu stanąć miała większość aurorów, zaraz za nimi Zakon Feniksa, od strony Zakazanego Lasu wspierać ich miały centaury ze swoimi łukami, a wejścia do zamku bezpośrednio bronić miało JP. Ron Weasley nie mógł uwierzyć, że tak ważne zadanie zostało przydzielone tylu Ślizgonom. Reszta uczniów Hogwartu, nauczyciele, uczniowie Beauxbatons oraz mieszkańcy Hogsmeade zostali podzieleni na trzy grupy, które miały stanąć na trzech wieżach Hogwartu. Skrzaty miały pilnować wejścia do lochów, gdzie urządzany był szpital polowy, do którego cały czas napływali uzdrowiciele z Munga. Natomiast tych kilku goblinów oraz wilkołaków, którzy postanowili dołączyć do walki, mieli stanąć przy Zakonie Feniksa. Gdy już wszyscy dostali swój przydział, podzieleni na grupy mogli się odprężyć. Skrzaty roznosiły napoje oraz prowiant, aby przed walką mogli się posilić. Rodziny i przyjaciele skupiali się w jednym miejscu i próbowali spędzić ze sobą być może ostatnie wspólne chwile. Na twarzy Harry’ego widać było spięcie, jednak czerpał on z tych chwil, natomiast Nicole wciąż była niespokojna. Chciała choć przez chwilę pobyć sama, jednak wciąż ktoś ją zagadywał. Wreszcie nadszedł jej moment. Do starszych Potterów i Syriusza podszedł akurat Alastor Moody, który chciał z nimi coś omówić, Remus rozmawiał z innymi wilkołakami, Harry’ego rozmową zajęła Hermiona, młodzi Snape’owie byli u wciąż nieprzytomnego ojca, a do Dracona i Camile podeszła matka. Gdy Nicole zauważyła, że wreszcie nikt się nią nie interesuje wymknęła się z Wielkiej Sali, a potem skierowała się do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Dzięki skrótom wyminęła skrzaty, które już pilnowały wejścia do lochów. Gdy znalazła się w swoim dormitorium odetchnęła głęboko. Usiadła na brzegu swojego łóżka, po drodze chwytając wciąż nienaprawioną kulę śnieżną, którą jako dziecko dostała od swoich francuskich rodziców. Przypomniała sobie jak to się stało, że kula pozbawiona została wody. Sama ją rozbiła po wydarzeniach z zeszłego lata, kiedy to nie mogła poradzić sobie z torturami, gwałtem i niespodziewanym odzyskaniem rodziców. Pamiętała swoje zagubienie, rozpacz i ból, i wiedziała, że nie chce się tak więcej czuć. Wciąż trzymając figurkę w dłoniach zamknęła oczy i przywołała swoją magię. Niemal natychmiast usłyszała w głowie delikatny głos Adrienne. Nicole, jesteś silna. Poradzisz sobie, tylko w to uwierz. Nicole delikatnie uśmiechnęła się. Jej mentorka zawsze potrafiła podnieść ją na duchu.

- Boję się - mruknęła niemal nieświadomie. W takie sytuacji każdy się boi, i to nie jest nic złego. To nie sprawia, że jesteś słaba, wręcz przeciwnie. Zajrzyj w głąb siebie i odnajdź tę siłę. Nicole wzięła głęboki wdech i przestała myśleć. Mocniej zacisnęła powieki i przypomniała sobie wszystkie poprzednie spotkania z Adrienne. To one napełniały ją siłą, gdy sama nie mogła sobie z czymś poradzić. Wreszcie to poczuła, zacisnęła dłonie na kuli śnieżnej i otworzyła oczy. Figurka rozbłysła jasnym światłem, a moment później wydarzyło się coś w co Nicole nie mogła uwierzyć. Kula śnieżna powoli napełniała się wodą, aż wreszcie wyglądała jak dawniej. Na ten widok po twarzy Ślizgonki popłynęła łza wzruszenia. Nicole odetchnęła i wyszła z dormitorium z delikatnym uśmiechem i pewnością w oczach. Gdy dotarła do Wielkiej Sali tam panowało małe poruszenie. Jej bliscy zdenerwowani kręcili się po pomieszczeniu jakby kogoś szukając. Domyślała się, że to o nią chodziło. W końcu znikła bez słowa na dobre pół godziny. Pierwszą osobą, która ją zauważyła była Camile.

- Nicole! Gdzieś ty była?! – podbiegła do niej z resztą przyjaciół i jej rodziną.

- Musiałam pomyśleć – odparła spokojnie.

- Teraz?! – rozległo się z wielu gardeł.

- A nie mogłaś chociaż powiedzieć, że gdzieś idziesz? – zapytał pochmurny Draco.

- Pewnie mogłam – mruknęła. Nie chciała się z nimi teraz kłócić, więc wolała przytaknąć. – Potrzebowałam chwili samotności. To był chyba ostatni moment na to – mruknęła niepewnie.

Na szczęście dla Nicole przerwało im pojawienie się mówiącego patronusa przesłanego od jednego z aurorów, który został oddelegowany do obserwowania okolic Hogwartu i wypatrywania wroga.

- Pojawili się na stacji w Hogsmeade i stamtąd ruszyli główną ścieżką miasteczka. Pierwsza grupa do Hogwartu powinna dotrzeć już w ciągu pół godziny. Siły wroga liczą około pięć setek śmierciożerców i po jednej setce wilkołaków, inferiusów i dementorów. Prawdopodobnie nie ma wśród nich jeszcze Sami-Wiecie-Kogo i jego Wewnętrznego Kręgu. – Niedźwiedź-patronus złożył raport przed Ministrem Magii. W oczach wszystkich, którzy to słyszeli przemknął cień strachu. Ich było zdecydowanie mniej. Trzy setki aurorów, pięćdziesięciu członków Zakonu Feniksa, jedna setka centaurów, około trzydziestu goblinów, tuzin wilkołaków oraz niecała setka uczniów i nauczycieli Hogwartu, przyjaciół z Beauxbatons oraz mieszkańców Hogsmeade i jeden olbrzym. Na dodatek nie mogli być pewni czy Voldemort nie trzyma jeszcze czegoś w zanadrzu.

- Uwaga, wszyscy na pozycje! – zagrzmiał głos Richarda Jonesa. Aurorzy ruszyli jako pierwsi, potem Zakon, a po nich JP. W tę ostatnią grupę wmieszał się Damien Delacour, od początku chciał być w centrum walki, zamiast chować się za murami wież Hogwartu. Wreszcie dotarli do Sali Wyjsciowej, a po przekroczeniu wielkich drzwi JP od razu zaczęło się organizować. Jednak zanim podzielili się na swoje trzy stałe grupy nastąpiła ostatnia chwila na słowa wsparcia, a w oczach niektórych widać było także chęć pożegnania. Nicole szybko odnalazła Dracona. Stanęli naprzeciwko siebie, jak najbliżej szukając kontaktu. Draco złapał ją delikatnie za twarz i wpił się mocno w jej usta. Nicole czuła w tym geście frustrację, niemoc i strach, ale także ogrom miłości, którą do niej czuł. Wreszcie przerwali pocałunek, a chłopak oparł swoje czoło o jej, nadal trzymając w dłoniach jej twarz.

- Masz na siebie uważać – nakazał pewnie. – Masz trzymać się z daleka od centrum walk i uciekać jeśli będzie źle. Do cholery jesteś Ślizgonką i pamiętaj o tym – zakończył z mocą.

- Draco, przecież oboje wiemy, że ani ja, ani ty nie będziesz trzymał się od tego z daleka. Będziemy w centrum wydarzeń, ale będziemy tam razem. Damy radę! – Nicole puściła mu oczko i cmoknęła go w nos.

- Coś ty ze mną zrobiła, Potter – żachnął się i ponownie ją pocałował. – Pamiętaj, że chcę to jeszcze powtórzyć – stwierdził, gdy skończyli.

- I zrobisz to nie raz – zaśmiała się ze łzami w oczach. Wreszcie oderwali się od siebie. Nicole od razu znalazła wzrokiem Harry’ego, który właśnie przytulał Vanessę. Oni również po chwili oderwali się od siebie. Rodzeństwo Potter szybko znalazło się obok siebie.

- Nicole, błagam uważaj na siebie – oznajmił Gryfon.

- I vice versa Harry – odpowiedziała mu. – Pamiętaj, że jesteśmy z tobą. Razem damy radę. – Nicole posłała bratu pokrzepiający uśmiech, a on w zamian poczochrał ją po głowie.

- Damy radę – przytaknął i westchnął.

Za Potterami Draco podchodził właśnie do swojej siostry, która chyba przykleiła się do Blaise’a. Blondyn nie przejmując się niczym palnął przyjaciela w głowę.

- Może dalibyście już spokój – mruknął.

- Stary, to może być mój ostatni pocałunek, a ty mi odbierasz tę chwilę radości – odparł mu Zabini z szerokim uśmiechem.

- Masz przeżyć dupku – warknęła Camile.

- To jasne jak słońce. – Blaise mrugnął do blondynki.

- Ty też Draco – dodała poważniej. – Uważaj na siebie – poprosiła.

- Ty też – odpowiedział jej brat, a potem cmoknął ją w czoło.

- Musimy się zorganizować – przerwała im Hermiona z niepokojem na twarzy.

- Masz rację – przytaknęła Nicole, ale zaraz odwróciła się do wejścia przez które właśnie przemknęła kolejna osoba, która otrzymała inny przydział.

- Damien? – zdziwiła się. – A ty nie powinieneś być w wieży zachodniej?

- Powinienem, ale chyba nie sądzisz, że będę się krył za murami, kiedy wiem, że tutaj będzie lepsza zabawa. – Nicole na te słowa prychnęła.

- Nie ma sensu żebyś teraz wracał, więc zostań. Staniesz w trzeciej grupie zamiast Ginny.

- Nie ma szans żebyś zmusiła mnie do powrotu, amour – stwierdził, a następnie posłał jej całusa. Nicole widząc minę Dracona i nie chcąc dopuścić do walki jeszcze zanim ta właściwa się zacznie, szybko zarządziła, że czas najwyższy, aby podzielili się na grupy.

Na samym środku przed wejściem ustawiła się jedna grupa z Draconem i Harrym na czele, po prawej ustawiła się grupa, w której była Nicole, a po lewej Grupa z Samem i Damienem. Krok przed każdą z grup stali ich tarczowi, natomiast delikatnie za nimi uzdrowiciele. Stali tak spięci i czekali. Niedługo później zaczęli słyszeć krzyki. To pierwsi śmierciożercy zbliżali się. Wreszcie stanęli blisko bram Hogwartu zostawiając kawałek przestrzeni między sobą, a bramą. Kolejne pół godziny zajęło całej grupie ustawienie się przed Hogwartem. „Dobrych” i „złych” dzieliła tylko ogromna brama. Obie grupy stały i czekały. Na czele aurorów i Zakonu Feniksa stała dowodząca trójka. Na razie chroniły ich magiczne bariery, a śmierciożercy nie robili nic, aby je przebić. JP za sobą nagle usłyszeli kolejne skrzypienie drzwi wejściowych. Nie mogli uwierzyć w to, kogo zobaczyli.

- Tato! – wykrzyknęło rodzeństwo Snape. To Severus Snape wyszedł z zamku najwyraźniej poskładany w całość przez madame Pomfrey. Nauczyciel napiętym wzrokiem spojrzał na swoje dzieci.

- Uważajcie na siebie – mruknął i ruszył w stronę większej grupy. Wreszcie dotarł do nich i stanął niedaleko Huncwotów oraz Lily.

- Severusie! – wykrzyknęła zaskoczona rudowłosa. – Cieszę się, że cię widzę, ale chyba nie powinno cię tu być.

- Dziękuję Lily, ale to nie jest odpowiednia chwila, żebym leżał w łóżku, poza tym Popy poskładała mnie w całość – odpowiedział oschle.

- No to damy im popalić, co nie Smarku? – odezwał się James z wesołym uśmiechem, na co Mistrz Eliksirów tylko prychnął, a Lily zaczęła się zastanawiać czy jej mąż kiedyś dorośnie. Kolejne dziesięć minut minęło im na słuchaniu wrzasków i obelg śmierciożerców i wilkołaków. Oni sami nie dali się prowokować i stali w ciszy. Wreszcie to przerwało im pojawienie się kolejnej grupy za bramami. Na miejsce deportował się Wewnętrzny Krąg i sam Lord Voldemort. Łysy, beznosy, wysoki mężczyzna stanął po środku i natychmiast został otoczony przez swoje najbliższe sługi. Po prawej miał Bellatrix Lestrenge, a po lewej Lucjusza Malfoya.

- Dumbledore – zaczął swoim wysokim upiornym głosem Czarny Pan. – Widzę, że wydaje ci się, że obronisz się przede mną – zaśmiał się bez grama wesołości. – Myślisz, że mocniejsze osłony wam pomogą – zadrwił, po czym płynnym ruchem uniósł różdżkę, z której wyleciał czarny promień, który uderzył w niewidzialne osłony Hogwartu. Dumbledore szybko podjął wyzwanie, wyczarował biały promień, który dotarł do osłon i wzmacniał je. Jako dyrektor Hogwartu jego osłony miały najmocniejszą siłę. Obaj czarodzieje utrzymywali swoje promienie walcząc o przewagę, chwila zawahania mogła dać przewagę przeciwnikowi. Po dobrym kwadransie Dumbledore’owi zaczęła drżeć ręka trzymająca różdżkę, ku jego nieszczęściu dostrzegł to Voldemort, który zaśmiał się szyderczo i włożył jeszcze więcej mocy w swoje zaklęcie. To wreszcie spowodowało nieuniknione. Osłony opadły, połączenie czarnego i białego promienia roznieciło burzę iskier, a pokonany Dumbledore opadł na kolana. Czarny Pan czym prędzej różdżką otworzył bramy i przywołał do siebie zmęczonego dyrektora Hogwartu. Wewnętrzny Krąg otoczył ich i wyczarował wokół siebie ochronną kopułę. Ich Pan nie życzył sobie, aby coś mu przeszkodziło. Obrońcy Hogwartu nie mogli uwierzyć, że tak łatwo Dumbledore został pokonany, czekali teraz na najgorsze. Reszta śmierciożerców także nie ruszała się z miejsc. Mieli czekać na rozkaz do ataku i wiedzieli, że taki nastąpi po ostatecznym pokonaniu Dumbledore’a. Siwowłosy mężczyzna nadal na kolanach klęczał przed swoim największym wrogiem, który teraz napawał się swoim pierwszym zwycięstwem.

- Kto by pomyślał, że sam Albus Dumbledore będzie klękał przede mną, przed wielkim Lordem Voldemortem! – Nie czekając na więcej wykrzyknął – Avada Kedavra! – Zmęczony starzec nie był w stanie nawet unieść swojej różdżki w obronie. Wszyscy obrońcy wciągnęli głęboko powietrze nie wierząc, że to się dzieje naprawdę, a Czarny Pan roześmiał się z triumfem. Wewnętrzny Krąg opuścił ochronną kopułę i wraz ze swoim panem teleportował się. Jednak zanim to się stało reszta śmierciożerców usłyszała sygnał.

- Do ataku! – wykrzyknął niemal radośnie Voldemort. Hogwarta zalała wielka grupa śmierciożerców wspierana przez wilkołaki i inferiusy. Czarny Pan ze swoimi najbliższymi sługami pojawił się na obrzeżach Zakazanego Lasu od strony Hogsmeade. Ich plan zakładał, że czekają tam razem z dementorami, aż pierwsza zmasowana grupa przetrzebi siły wroga. Gdy obrońcy zmęczą się walką do akcji wkroczą dementorzy, a zaraz za nimi Wewnętrzny Krąg. Voldemort nie wierzył, że po takiej ilości śmierci wokół siebie będą oni w stanie bronić się przez dementorami. Wtedy właśnie do walki wkroczą jego najlepsi, najwierniejsi słudzy, razem z nim samym. Wtedy zabiją wszystkich, którzy staną mu na drodze do Harry’ego Pottera i do objęcia władzy nad Hogwartem. A nawet gdyby coś w trakcie nie poszło po jego myśli w Zakazanym Lesie czekała trójka olbrzymów, którzy tylko czekali na rozkazy.

***

Cześć,

mam nadzieję, że mimo, że historia przyspieszyła i zbliża się ku końcowi to nadal ciekawią Was ostateczne losy Nicole i reszty jej towarzyszy.

Rozdział ten miał być już co najmniej dwa tygodnie wcześniej z tego względu, że przez nie całe trzy ostatnie tygodnie siedziałam na kwarantannie i miała baaardzo dużo czasu wolne. Niestety za pisanie wzięłam się na sam koniec laby. Mam nadzieję, że kolejny będzie szybciej.

Pozdrawiam i życzę miłego czytania.

AniaXXX


niedziela, 27 września 2020

Rozdział 67

Ostatnie trzy dni były pełne napięcia i strachu. Wieści od Nicole nie napawały optymizmem, a brak powrotu Severusa Snape’a dodatkowo psuł humory. Jednak śniadanie drugiego dnia maja mijało we względnym spokoju, który nagle został przerwany przez nagły huk. Wrota Wielkiej Sali otworzyły się gwałtownie. Zarówno uczniowie jak i nauczyciele ujrzeli Mistrza Eliksirów. Jednak nie wyglądał tak dostojnie jak zawsze. Jego czarna szata była porozrywana i nadpalona w kilku miejscach. Zarówno twarz jak i resztę ciała pokryte miał krwią. Gdy z ledwością poruszał się wzdłuż Wielkiej Sali pozostawiał po sobie ślad czerwonej posoki, który ciągnął się przez całą Salę Wejściową. Gdy Sam i Vanessa dostrzegli swojego ojca szybko zerwali się ze swoich miejsc i podbiegli do niego. Zrobili to w idealnym momencie, ponieważ Mistrz Eliksirów nie był w stanie ruszyć się dalej i upadł by na kolana, gdyby nie to, że go złapali. Trzymali go za ramiona nie pozwalając mu upaść. Zaraz za Snape’ami ze swojego miejsca zerwał się Dumbledore. Ślizgoni ze strachem wpatrywali się w swojego opiekuna, który był wyraźnie ranny, a nikt nie wiedział jak to się stało.

- Dumbledore – wychrypiał mężczyzna, kiedy zawisł pomiędzy swoimi dziećmi.

- Severusie, musimy przejść do mojego gabinetu. Tam mi wszystko opowiesz – stwierdził dyrektor przypatrując się swojemu szpiegowi.

- Miał pan chyba na myśli Skrzydło Szpitalne i panią Pomfrey, która musi go wyleczyć – wtrącił się zimno Samuel. Nienawidził patrzeć na ojca i jego stosunki z Dumbledorem. Przez tego człowieka jego dumny i zawsze twardy ojciec był sprowadzony do zwykłego pieska na posyłki. Obserwowanie tego było dla Sama bolesne.

- Tato, wytrzymaj zaraz otrzymasz pomoc – mówiła Vanessa ze łzami w oczach. Nikt spośród ich czwórki nie zawracał uwagi na zbierający się tłum pomiędzy stołami Ravenclawu  i Hufflepuffu. Najbliżej stanęli przyjaciele Ślizgonów, a więc młodzi Malfoy’owie i Potter’owie, obok obserwowali to Huncwoci z Lily i Tonks, dalej podchodzili starsi uczniowie chcąc zobaczyć znienawidzonego nauczyciela w takim stanie. Młodsi siedzieli na miejscach bojąc się ruszyć z miejsca. Przez ten tłum przepychała się pielęgniarka chcąc pomóc.

- Nie wytrzymam dłużej. Muszę przekazać ci wiadomość od Czarnego Pana. – Jego głos był słaby, ale gdy tylko zaczął mówić w pomieszczeniu zaległa cisza, więc był doskonale słyszalny. Nie czekając na pozwolenie kontynuował. – Odkrył mnie. Musi mieć jeszcze jakiegoś szpiega w Hogwarcie. Puścił mnie żywym, aby przekazać ci, że to jest ten dzień. Czarny Pan dziś zaatakuje Hogwart. Gdy nadejdzie zmrok jego armia stawi się u wrót Hogwartu – zakończył i odetchnął głośno. Przekazał wiadomość. To było ostatnie zadanie. Z jego gardła popłynął strumień krwi, nie sądził aby mógł przeżyć do rozpoczęcia ostatecznej bitwy. Jego rola podwójnego szpiega właśnie dobiegła końca. Zamknął oczy.

- Tato! Nie! – wrzasnęła Vanessa.

- Panno Snape, panie Snape połóżcie go na ziemi – nakazała pani Pomfrey. – Chcę zacząć go leczyć. – Gdy to dopowiedziała dopiero wtedy postanowili jej posłuchać. Ułożyli ojca delikatnie na ziemi, a pielęgniarka zaczęła go diagnozować. Lily zerwała się, aby pomóc kobiecie. Gdy pani Pomfrey sprawdzała co Severus ma uszkodzone, rudowłosa kobieta tamowała jego największe rany, aby nie tracił więcej krwi. Wszyscy obserwowali to z przejęciem. Kilka minut to trwało zanim z jego ciała przestała płynąć krew.

- Już wiem co mu jest. Musimy zabrać go do Skrzydła Szpitalnego. Potrzeba wielu eliksirów, aby wyszedł z tego. Mam nadzieję Lily, że mi pomożesz, bo jeszcze długa droga, aby go ustabilizować.

- Oczywiście Pomono. Chodźmy – odpowiedziała od razu. Natychmiast umieściła mężczyznę na niewidzialnych noszach i ruszyły w stronę wyjścia z Wielkiej Sali. Vannesa klęczała w krwi swojego ojca i patrzyła tępo w swoje zakrwawione dłonie. Nie była pewna co ze sobą zrobić. Jej przyjaciółki zajęły się nią, oczyszczając ją i Sama z krwi. Wtedy do wszystkich obecnych dotarło co właśnie się stało. Większość uczniów, szczególnie ci młodsi ulegli panice. Zaczął się chaos. Uczniowie krzyczeli, wstawali i kręcili się w tę i we w tę nie wiedząc właściwie co robić.

- Cisza! – Dumbledore postanowił szybko położyć temu kres. Już od miesięcy przygotowywał się do takiej sytuacji i doskonale wiedział co robić. – Uczniowie proszę usiąść na swoje miejsca. Zaraz rozpocznie się wasza ewakuacja! – nakazał tonem, w którym nie było miejsca na sprzeciw. – Minerwo powiadom Ministerstwo o sytuacji. Niech zbiorą wszystkie swoje siły jak najszybciej. Remusie daj znać Zakonowi. – Zarówno kobieta jak i mężczyzna od razu ruszyli nie czekając na resztę instrukcji. – Prefekci naczelni pomożecie w ewakuacji. Ewakuowani zostaną wszyscy uczniowie poniżej piątego roku oraz wszyscy, którzy nie zechcą walczyć u naszego boku. Uczniowie zostaną przeniesieni do Akademii Beauxbatons przez świstokliki. Zaczniecie od pierwszaków. James, Syriusz dopilnujecie, aby ewakuacja przebiegła szybko i sprawnie. Ci którzy zostaną muszą jednak wiedzieć z czym to się wiąże. – Dyrektor zwrócił się o najstarszych uczniów. – To nie będzie zabawa, to będzie walka na śmierć i życie! – Albus Dumbledore nie chciał posyłać tych młodych ludzi na pewną śmierć, ale nie mógł im tego zabronić. Został przekonany, że to była ich walka o przyszłość. Dyrektor choć zawsze pogodny z wesołymi iskierkami  w oczach teraz mówił całkowicie poważnie. To właśnie przekonało uczniów. Przyszedł czas na ewakuację.

W pierwszej kolejności ewakuowani mieli zostać najmłodsi. Nicole szybko odnalazła wzrokiem Laurę. W obu tak niepodobnych oczach zalśniły łzy. Ślizgonka jak najszybciej znalazła się przy siostrze.

- Nicole chodź ze mną! – Młodsza rozpłakała się i przytuliła do starszej. – Błagam nie zostawiaj mnie.

- Wiesz, że nie mogę. – Nicole też płakała. – Muszę tu zostać i walczyć.

- Więc pozwól mi zostać z tobą! – Gryfonka nie mogła się uspokoić. Płakała, krzyczała i nie była w stanie puścić Nicole.

- Laura, już spokojnie, cśśśś – Nicole kołysała ją w swoich ramionach. – Laurka uspokój się, błagam. Wiesz, że nie możesz tu zostać. Jesteś za młoda. Nie pokonasz śmierciożercy Lumosem. Musisz uciekać. – Do Gryfonki wreszcie coś dotarło, bo powoli się uspokajała.

- Wiem – odpowiedziała płaczliwie. – I wiem, że co bym nie powiedziała to ty zostaniesz i będziesz walczyć.

- Zawsze wiedziałam, że jesteś mądrą dziewczyną. Teraz pomyśl, że niedługo to się skończy i wszystko będzie dobrze. Już niedługo się zobaczymy i razem będziemy świętować zwycięstwo. Zaufaj mi.

- Wierzę ci. Wierzę, że już niedługo się spotkamy – odpowiedziała już całkowicie uspokojona, ale nadal spięta. Obie kłamały i obie były świadome kłamstw tej drugiej. Nie mogły być pewne, że zobaczą się jeszcze kiedyś i że wszystko skończy się dobrze, ale aby podtrzymać to dobre choć fałszywe samopoczucie kłamały wzajemnie. Po dłuższej chwili koło nich pojawił się James Potter. Właśnie miał przekazać świstoklik trzeciorocznym Gryfonom. Kolejni uczniowie łapali długi sznur. Na koniec Laura jako jedyna nie trzymała liny.

- Laura – zaczęła Nicole błagalnym tonem.

- Laura jeszcze ty musisz ją złapać, abyście mogli się przenieść – oznajmił James łagodnie. – Zrób to, a my zrobimy wszystko, abyśmy mogli już niedługo spotkać się w tym samym gronie. – Gryfonka jeszcze się wahała, ale już po chwili niepewnie trzymała sznur. Zanim zniknęła z pozostałymi przekazała Nicole bezgłośnie, aby uważała na siebie. Gdy to się stało Nicole zamknęła oczy, aby się nie rozpłakać jeszcze bardziej. Zaraz jednak poczuła silne ramiona, które ją otoczyły. Została przytulona przez swojego ojca. Gdyby mogła wybrać pozostałaby w takiej sytuacji jeszcze przez długi czas, ale mężczyzna musiał zająć się swoimi obowiązkami. Puścił córkę i mrugnął do niej. – Zobaczysz, że wszystko jeszcze będzie dobrze. Słowo Huncwota. – Zasalutował i ruszył do czwartorocznych Gryfonów. Nicole już z delikatnym uśmiechem ruszyła do przyjaciół. Ci uczniowie, którzy postanowili zostać mieli skierować się na razie do swoich Pokojów Wspólnych. W Wielkiej Sali mieli pojawić się równo o godzinie 14:00. O tej godzinie w Hogwarcie mieli zacząć pojawiać się ministerialne siły i cały Zakon Feniksa. Wtedy mieli dostać przydział. Chwilowo wolny czas mieli spędzić na odpoczynku. Nie było sensu, aby spięci czekali na miejscu.

Tymczasem w Wielkiej Sali jeszcze jedna kłótnia sióstr miała miejsce. Gdy Syriusz podszedł do piątorocznych Ślizgonów z kolejną liną jedna z uczennic została szarpnięta przez starszą siostrę.

- Astoria! A ty?! Złap świstoklik, bo zaraz nie zdążysz.

- Nie, Dafne! Czas stanąć po odpowiedniej stronie – oznajmiła pewnie piątoroczna Ślizgonka. – Jeśli ty chcesz uciekać to proszę bardzo, a jeśli staniesz po stronie śmierciożerców to wiedz, że staniemy po dwóch stronach barykady. – Dafne Greengrass po raz pierwszy nie wiedziała co zrobić. Choć ostatnimi czasy poróżniła się z młodszą siostrą to była pewna, że będą trzymały się razem. Miała już swój plan na tę wojnę. Choć idea czystej krwi była jej bliska to nie miała zamiaru stawać po stronie Czarnego Pana. Na to była zbyt dumna.  Chciała się ukryć i przeczekać. Jednym słowem zachować się jak na Ślizgona przystało. Ale jej młodsza siostra po raz pierwszy tak otwarcie się jej przeciwstawiła. Nie sądziła, że kiedykolwiek to się stanie. A jednak wiedziała, że nie zostawi tej małej francy.

- Astoria, łapiesz? – zapytał Syriusz. Odpowiedziało mu tylko kręcenie głowy młodej Ślizgonki. Po chwili piątoroczni Slizgoni zniknęli. Dafne uznała, że czas się opowiedzieć po jakieś stronie.

- Musimy zaczekać w Pokoju Wspólnym – oznajmiła starsza siostra i złapała za dłoń młodszą. – O 14:00 pojawią się tu wszystkie siły, wtedy tu wrócimy. Chodź – nakazała już swoim zwyczajowym wyniosłym tonem. Jej jedyna przyjaciółka Tracy nie mogła uwierzyć w to co widzi. Przewróciła oczami i uznała, że dziewczyna, z którą spędziła ostatnie 6 lat zwariowała. Ona jednak nie miała zamiaru ryzykować. Jako pierwsza szóstoroczna Ślizgonka dotknęła świstoklika.

W Pokoju Wspólnym Ślizgonów było zadziwiająco dużo uczniów, biorąc pod uwagę, że już za kilka godzin mieli walczyć z samym Czarnym Panem. Zauważył to w szczególności Ślizgon z krwi i kości.

- Nadal nie wierzę w to, że aż tylu Ślizgonów chce walczyć z Czarnym Panem – stwierdził sarkastycznie. – Wszystko przez ciebie, Potter.

- Draco, czy ja się wreszcie doczekam, żebyś zaczął mówić mi normalnie po imieniu. Przypominam, że jesteśmy parą – parsknęła Nicole, już uspokojona po pożegnaniu z Laurą.

- Nie przesadzaj. Lubisz to – zaśmiał się i uniósł sugestywnie brew. Siedząc razem wszyscy chcieli się trochę rozluźnić czekając na nieuniknione, dlatego gadali na nieważne tematy i żartowali.

- Tak szczególnie gdy się całujemy i zaczynam się zastanawiać czy, aby na pewno masz na myśli mnie czy mojego brata.

- Bleeee, weź to było słabe! – Mina Dracona wyrażała obrzydzenie, po czym przybliżył się do dziewczyny. – Uwierz mi, że gdy robimy to – pocałował ją – to zawsze mam w głowie ciebie, Nicole – zakończył z bezczelnym uśmieszkiem.

- Jakkolwiek zabawne by nie było obserwowanie was… - zaczęła Camile, ale przerwał jej Blaise.

- Chyba żenujące do wyrzygania. Gdy ja jestem tak blisko ciebie to ten tu od razu rzuca we mnie swoje mordercze spojrzenia – żachnął się.

- Mniejsza z tym – stwierdziła blondynka. – Chodzi mi o to, że jest nas tu dużo, ale powinno być więcej.

- Co masz na myśli? – zapytała Nicole.

- Nie widziałam, żeby Crabbe, Goyle czy Nott zbliżyli się do świstoklika, a nie ma ich tu. Z resztą tak samo Pucey, Higgs i Montague – dodała przyglądając się najstarszym Ślizgonom wśród których brakowało tej trójki.

- Raczej wątpię, że Crabbe czy Goyle chcieliby walczyć z Voldemortem – uznał Samuel. Jego i Vanessy pielęgniarka nie wpuściła do Skrzydła Szpitalnego do ojca, więc z resztą siedzieli w Pokoju Wspólnym. Nicole na dźwięk tych nazwisk wzdrygnęła się. Nadal po tylu miesiącach te wspomnienia potrafiły wracać, szczególnie, gdy w pobliżu byli właśnie Crabbe i Goyle.

- Nie uciekli, to oznacza tylko tyle, że spotkamy się z nimi na polu bitwy. Pewnie już klękają przed Czarnym Panem – warknął Draco przytulając Nicole, gdy zobaczył co z się z nią dzieje. – Ale jesteś pewna, że Teo z nimi nie było? – zwrócił się do Vanessy.

- Tak, z resztą spójrzcie na Pansy. – Wszyscy zwrócili się we wskazanym kierunku. Parkinson krążyła samotnie przed kominkiem i rozglądała się jakby na coś lub kogoś czekała. – Wiecie przecież, że oni ostatnio ewidentnie kręcili ze sobą. Pansy już dawno przyrzekała, że będzie walczyć przeciwko Voldemortowi razem z nami, a do Teodora nigdy nie mogliśmy być pewni. Nigdy nie mówił bezpośrednio o swoich preferencjach.

- Masz rację. Szkoda mi jej – oznajmiła Nicole przyglądając się czarnowłosej zdenerwowanej koleżance. – Ale wiecie nigdy nie sądziłam, że będziemy tu siedzieć i czekać z Dafne. Byłam pewna, że ucieknie.

- Widocznie to Astoria jest dla niej najważniejsza. Szkoda, że na co dzień nie potrafi tego okazać. – Na takich rozmowach minęło im kilka kolejnych godzin. Wreszcie nadeszła ta godzina. Równo o 14:00 pojawili się w Wielkiej Sali. Było tam obecnych wielu dorosłych czarodziejów. Kilku dowodzących aurorów, reszta mobilizowała się na błoniach, cały Zakon Feniksa i wielu chętnych czarodziejów, którzy chcieli wesprzeć sprawę po tej dobrej stronie. Trafili akurat na początek wielkiej kłótni, którą rozpoczęły dwie rudowłose czarodziejki.

- Ginny, co ty tu robisz?! Powinnaś się ewakuować z resztą uczniów! – krzyczała starsza rudowłosa kobieta. Ewidentnie była to matka Weasley’ów. – Jesteś niepełnoletnia! Zabraniam ci walczyć! – Widać było, że jej tyrada już trochę trwa. Ku zaskoczeniu Ślizgonów jeden z nich włączył się do kłótni. Jego przyjaciele nie mogli uwierzyć, że właśnie on podbiegł do Gryfonki i złapał ją za rękę.

- Ginny! Przecież rozmawialiśmy o tym! Miałaś się ukryć z resztą! – wykrzyknął Samuel Snape.

- Gdybyście dali mi coś powiedzieć to może byście usłyszeli wreszcie, że nie mam zamiaru walczyć! – Temperament Ginny wziął górę. Nie mogła siedzieć cicho, szczególnie w takiej chwili. Molly Weasley nie mogła uwierzyć, że jakiś młodzieniec stanął po jej stronie, na dodatek zauważyła na jego szacie ślizgońską naszywkę.

- To po co zostałaś?! – wkurzył się chłopak.

- Bo nie chcę was zostawić! Nie chcę być daleko od mojej rodziny i od ciebie też – dodała już ciszej. – Nie teraz kiedy już więcej możemy się nie spotkać. – W jej oczach lśniły łzy.

- Sam czemu przekonujesz Ginny, żeby nie walczyła? – zapytała delikatnie Vanessa przyglądając się zszokowana bratu. – Przecież Ginny jest świetna w walce i na pewno nam się przyda na polu bitwy. Wszyscy jesteśmy w JP i wszyscy razem będziemy walczyć.

- Vane to nie o to chodzi – zaczęła niepewnie Ginny. – Nie mogę walczyć i ja to wiem. Jeśli dacie mi szanse to wszystko wam wyjaśnię – oznajmiła patrząc hardo na swoją matkę. Ku zaskoczeniu wszystkich przytuliła się do Samuela i schowała twarz w jego szacie. Jednak, gdy zaczęła mówić, wyraźnie było ją słychać. – Pomyślałam, że zostanę, ale nie będę walczyć. Przydam się w szpitalu, będę w stanie wyleczyć większość ran wojennych, przecież tego też się uczyliśmy. Dzięki temu będę na miejscu z wami, a przy okazji nie będę się narażać na pierwszej linii frontu.

- Wiesz przecież, że oni mogą dostać się do lochów. – Tam właśnie na najniższym poziomie organizowany był szpital polowy dla rannych obrońców.

- Wiem, Sam, ale nie mogłam was zostawić – mruknęła.

- Córeczko, choć cieszę się, że nie masz zamiaru wystawiać się do walki, to jednak znam cię i musisz mieć ważny powód, aby nie wykłócać się ze mną o to. – Ginny oderwała się od Sama i spojrzała na matkę. Wyraźnie się zestresowała.

- Mamo, bo ja… Ja nie wiem jak to powiedzieć – jęknęła. Wzięła głęboki wdech, a gdy Sam ścisnął ją za dłoń w pocieszającym geście postanowiła powiedzieć wszystko. – Jestem w ciąży. – Zamknęła oczy nie chcąc patrzeć w oczy matki. Na chwilę zapadła głucha cisza. Zarówno ich przyjaciele obserwowali ich w szoku, jak i rodzina rudowłosej. Molly wyraźnie nie wiedziała jak zareagować, ale po chwili wróciła do siebie.

- Co?! Jak mogłaś być taka nieodpowiedzialna?! To on jest ojcem?! – Wskazała na Ślizgona, który kiwnął głową z pewnym wyrazem twarzy. Vanessa w szoku przyglądała się bratu. Nie wiedziała, że jego i Ginny cokolwiek łączy, a co dopiero coś takiego.

- Molly powinnaś się uspokoić. – Wreszcie do kłótni włączył się pan Weasley. – Przypominam ci, że ty zaszłaś w ciążę z Billem w wieku 16 lat. Ginny, choć nie aprobuję tego co się stało, to teraz najważniejsze jest twoje bezpieczeństwo. Rzeczywiście najlepsze będzie to abyś pomagała w szpitalu. Myślę, że to jest dobry czas, abyś dołączyła do tych co już tam działają – oznajmił łagodnie mężczyzna. Ginny spojrzała na niego z wdzięcznością.

- Dzięki tato. – Podeszła do niego i ucałowała z wdzięcznością w policzek. To samo zrobiła z matką, która zaraz po tym uścisnęła ją mocno. Gdy oderwała się od matki podeszła do Sama. – Uważaj na siebie, błagam – szepnęła po czym pocałowała go mocno, a potem odeszła nie patrząc już na nikogo. Samuel został sam na sam z jej rodziną, która ewidentnie nie patrzyła na niego przyjaźnie. Cała szóstka jej braci zbliżała się do niego obserwując go wrogo. Sytuację uratował Dumbledore, który westchnął ciężko.

- Taka wiadomość zawsze przynosi nadzieję, nawet w takich czasach. Ale teraz musimy zająć się mobilizacją. Siły wroga już niedługo się tu pojawią – oznajmił starzec.

 

***

Cześć.

Zgodnie z obietnicą wstawiam nowy rozdział.

Tak, wiem, że pewnie ciąża Ginny wywoła różne reakcje, więc od razu wytłumaczę skąd taki pomysł.

W JP były osoby niepełnoletnie do których zalicza się właśnie Ginny. A takim właśnie osobom zabronić udziału w wojnie mogli ich rodzice. Jak wiadomo jeśli chodzi o rodziców Ginny, to właśnie jej matka jest pierwszą osobą, która za nic nie pozwoliłaby jej uczestniczyć w takiej walce, natomiast Ginny nie jest osobą, która spokojnie dałaby się ewakuować. Dlatego właśnie ta ciąża, która oddali ją od pola walki, a zarazem jest to coś co sprawia, że Ginny sama z siebie zrezygnowała z walki. To jest właśnie moje wytłumaczenie.

Dziękuję bardzo tej jednaj osobie, która odpowiedziała na moje ostatnie pytanie. Stronę udało się otworzyć i zaczynam tam działać. Tak więc jeśli jest tu ktoś z Poznania, albo ktoś kto lubi popatrzeć na ciasta i torty zapraszam na mój Pociąg do słodkości.

Pozdrawiam,

AniaXXX